Zakopane i jego symbol – Giewont

Zakopane to przede wszystkim Krupówki, królestwo oscypków i skocznia narciarska. A także dobre miejsce na dłuższy weekend i idealna baza wypadowa na tatrzańskie szczyty, na przykład Giewont.

Jeden z przedłużonych weekendów postanowiliśmy spędzić w Zakopanem i okolicach. Po dłuższym zastanawianiu się jaką by tu górę zdobyć, padło na Giewont. Chętnie weszlibyśmy jeszcze na niejedną, ale ograniczony czas wycieczki i mało przyjazna prognoza pogody przekonały nas, że tym razem warto postawić na spokojniejszy wyjazd. 

Zimowa strona Zakopanego

Zakopane nazywane jest zimową stolicą Polski. Nie mieliśmy okazji poznać go od zimowej strony, ale wierzymy na słowo. Taki ogrom gór dookoła miasta z pewnością daje okazję do rozwijania bazy dla miłośników sportów zimowych!

Miasto jest niestety znane z unoszącego się smogu. Wszystko przez niekorzystne położenie, uniemożliwiające wymianę powietrza. Dlatego tym bardziej warto wybrać się tam chociażby we wrześniu, gdy do sezonu grzewczego jeszcze daleko i smogu zupełnie nie ma. 

Krupówki

A gdy już dotrzemy do Zakopanego, obowiązkowo należy przejść się po Krupówkach, najpopularniejszym deptaku w mieście. Wystarczy chwila i już szuka się najładniejszych pocztówek i największych magnesów na lodówkę w przydrożnych sklepikach, wdycha zapach smażonych oscypków i podziwia piękne budynki w górskim stylu.  W zależności od pory dnia Krupówki wyglądają zupełnie inaczej. Akurat mieliśmy okazję na spacer o 6 rano, gdy były zupełnie puste i wczesnym popołudniem, gdy były przepełnione. Jest tu mnóstwo restauracji, knajpek, cukierni, sklepów z pamiątkami i punktów z oscypkami. I wiele wiele innych. Pomimo chęci odpoczynku od tłumów, nie czułam się przemęczona masami ludzi. Był to taki przyjemny gwar, w który z przyjemnością wsiąkłam na ten weekend.

 

 

Giewont

Giewont jest jedną z najbardziej popularnych polskich gór. Ma wysokość 1894 m. n.p.m i majestatycznie wznosi się nad Zakopanem, którego jest w zasadzie symbolem. Jest znany ze względu na wielki metalowy krzyż stojący na samym szczycie. Został on postawiony przez zakopiańskich parafian w 1900 rocznicę urodzin Jezusa Chrystusa.

Krzyż został zbudowany z żelaznych i metalowych elementów. Jest potężny, ma wysokość 15 metrów i waży ponad 1800 kilogramów. Jest widoczny z daleka bez sprzętu i nawet przez krótkowidza bez okularów (dałam radę!). Niestety ze względu na materiały, z których został zbudowany, krzyż ściąga pioruny, z tego względu jest szczególnie niebezpieczny w burzową pogodę.

Nocleg

Miałam przyjemność nocować w Willi pod Wierzchami (polecam!). Miejscówka na nocleg była o tyle korzystna, że znajduje się daleko od głośnych Krupówek, a blisko do przystanku autobusowego, skąd za 3 złote można w razie potrzeby tam dojechać. I było naprawdę tanio – 35 złotych za nocleg od jednej osoby uważam za dobrą okazję. Minusem jest brak schroniskowego klimatu. Pomimo tego zdecydowanie nie żałuję decyzji 🙂 Wystarczyło wyjść przed budynek i od razu było widać Giewont.

Niedaleko jest znana chyba wszystkim zakopiańska skocznia narciarska. Oczywiście do rozpoczęcia sezonu jest jeszcze trochę czasu, ale z ciekawości przespacerowaliśmy się po okolicach. Skocznia robi wrażenie nawet gdy nie przyjeżdża tu masa fanów zimowych sportów i światowej klasy skoczków narciarskich.

 

Dolina za Bramką na rozgrzewkę

Szlak prowadzący Doliną za Bramką jest krótki, ale niezwykle malowniczy. Pierwszego dnia w Zakopanem, po nocy w autokarze, była to świetna okazja do rozprostowania kości, zaczerpnięcia świeżego powietrza i ujrzenia przepięknej przyrody. Wejście na szlak znajduje się w okolicy Krzeptówek – w południowo-zachodniej części Zakopanego. Ze wspomnianej powyżej Willi było tam naprawdę blisko.

Szlak jest naprawdę łatwy. Ma niecałe dwa kilometry długości. Warto przejść się nim ze względu na ciekawie układające się skały i płynący wzdłuż szlaku szumiący Potok zza Bramki. Piękne lasy i czysta woda to idealne miejsce na odpoczynek, zebranie myśli i relaks na łonie natury. A do tego wejście na teren Doliny jest bezpłatne.

  

Ciężko powiedzieć, ile powinno się zapewnić sobie czasu na przejście szlaku. Zarezerwowaliśmy go zdecydowanie więcej niż powinniśmy ze względu na to, że chcieliśmy napatrzeć się na otaczającą zieloność (której na co dzień nam brakuje) i zarezerwować czas na zrobienie zdjęć. A zresztą, nie śpieszyło nam się. Trzeba w końcu przecież czasem zwolnić tempa!

 

Siuchajsko, czyli cycki z kury

Czas na obiad. Wybraliśmy się do restauracji niedaleko wyżej wspomnianej Willi. Siuchajsko to miejsce wyjątkowo „góralskie” ze względu na wystrój, muzykę, strój kelnerów i nazwy potraw w menu. Nie jest to przytłaczające – wręcz przeciwnie, już po chwili czuje się tam przyjemny klimat. Restauracja jest duża, można tam wybrać się nawet większą grupą i nie powinno być problemu z liczbą wolnych miejsc. A jednocześnie można znaleźć przytulny kącik dla dwojga. W Siuchajsko najbardziej spodobały mi się okna (i śliczne żółte zasłony, podświetlone promieniami wpadającego słońca) i nazwy potraw. Myślę, że „cycki z kury” i „dupsko wieprza” musiały podbić serca niejednego zgłodniałego gościa restauracji. Ja skusiłam się na oscypek pieczony z boczkiem po juhasku. Był pyszny 🙂

 

Giewont – w stronę krzyża

W piątek z samego rana ruszyliśmy w drogę na Giewont.

Na szlaku było odczuć nadchodzącą jesień. Ta pora roku, w niezrozumiały dla mnie sposób często nielubiana, wkradała się niepostrzeżenie w rozpościerający się krajobraz. Niezależnie od tego, czy w lesie, czy później w odsłoniętym od drzew terenie. Wszędzie było czuć jej rękę. Czy to poprzez babie lato, żółte i brązowe liście, czerwone owoce jarzębiny i kasztany leżące jeszcze na początku szlaku. Lato odpuszcza, to pewne. Ale po tegorocznych szalonych upałach wcale mi go nie szkoda.

 

Droga na górę jest wyjątkowo malownicza. Otaczająca roślinność i wielkie przestrzenie, a nie zdobycie szczytu są nagrodą same w sobie.

 

W drodze na szczyt najtrudniejszy jest ostatni etap – niebieski szlak, na którym w niektórych miejscach zostały zamontowane łańcuchy. Jednak widoczny z tego miejsca wznoszący się ku niebu krzyż zdecydowanie motywuje do dalszej wspinaczki.

Na samym szczycie Giewontu widok niestety częściowo przesłaniała mgła. Ale trzeba przyznać, że to „mleko” rozlewające się dookoła też miało swój urok.

 

Jednym z nielicznych minusów Giewontu jest dosyć spora liczba ludzi na szczycie. Nie ma co się dziwić – to jedna z popularniejszych gór w Polsce. Pomimo wszystko udało się znaleźć miejsce żeby przysiąść i odpocząć. Nie było takich kolejek, jakimi często straszy się w mediach. Być może wynikało to z tego, że na popołudnie zapowiadano burze i każdy chciał zdążyć wejść przed pierwszymi grzmotami. Tak czy siak udało się zrobić zdjęcie krzyża, przy którym nie ma tłumów 🙂 

Po zasłużonych kanapkach ruszyliśmy w powrotną drogę. Schodząc z góry, minęliśmy wielką grupę wiernych wschodzących na szczyt. Byłam pod wrażeniem tego, że w grupie pielgrzymów były także starsze osoby. Podziwiałam je za odwagę, siłę i determinację. Mam nadzieję, że nadchodząca burza nie zmieniła ich planów, tym bardziej, że droga przed nimi była całkiem długa.

Średnio sprzyjająca prognoza pogody na szczęście nie zepsuła nam planów, a grzmoty i deszcz przywitały nas dopiero po zejściu do Kuźnic. Na szczęście stamtąd bez problemu można dotrzeć busem na Krupówki i schować się w jednej z restauracji. Po wejściu i zamówieniu obiadu przyszło dosłownie oberwanie chmury.

Podsumowanie

Zakopane to miejsce, do którego warto wybrać się raz na jakiś czas. Ostatnio byłam tam jakieś 9 lat temu i szczerze mówiąc, to żałuję, że wybrałam się tam ponownie dopiero po takim czasie. Góralski klimat i niezliczone sklepiki z pamiątkami moim zdaniem dodają uroku temu turystycznemu miastu. A do tego widok na otaczające miasto góry i Giewont z dumnie wznoszącym się krzyżem.

GALERIA

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: