Góry Fogaraskie, czyli dach Rumunii

Góry Fogaraskie to niesamowite i wciąż dzikie miejsce w Rumunii. Rozciągnięte między Braszowem a Sybinem, zachęcają do wędrówek z plecakiem. Jakimś cudem wciąż się uchowały przed naporem turystów. 

Ze względu na to, że był to mój pierwszy wyjazd na tak długo w góry, miałam wątpliwości, czy aby na pewno podołam tej niełatwej drodze przez góry. Jednak moje myśli ewoluowały od „hmm, będzie ciężko” do „ja nie dam rady?” No i nie było wyjścia!

Nie wybrałam się tak sama. Na potrzeby tego wpisu i ze względu na rodo-podobne zarządzenia 😉 nazwijmy tą osobę Towarzysz, wraz z którym wędrowałam po górach i zwiedzałam rumuńskie miasta i miasteczka łącznie 1,5 tygodnia.

Jak tam w ogóle dotrzeć? My lecieliśmy z Berlina do Bukaresztu, a stamtąd pociągiem do Zarnesti – uroczego i spokojnego miasteczka, z którego już na piechotę można wyruszyć w drogę! Po zejściu ze szlaku dotarliśmy prawie do Sybina (ze względu na deszcz, który nam zmienił plany) i z napotkanej wioseczki ruszyliśmy pociągiem do Braszowa i potem do Bukaresztu i Berlina.

Góry Fogaraskie

Góry Fogaraskie (inaczej Fogarasze, Fagarasze) są najwyższe w Rumunii. Ich najwyższe szczyty to Moldoveanu – 2544 m n.p.m. i Negoiu – 2535 m. n.p.m.

 

Szlak idący wzdłuż gór ma długość około 90 kilometrów. Patrząc na mapę, wygląda mniej więcej jak pozioma linia, przecięta mniej więcej w połowie przez Szosę Transfogaraską (o której opowiem w późniejszej części wpisu). Na szlak weszliśmy od strony wschodniej, ale po drodze spotkaliśmy sporo osób, które szły dokładnie w przeciwnym kierunku. Jeden i drugi sposób jest dobry.

Ze względu na to, że częściowo szlaki są zamknięte w sezonie zimowym, polecam organizować wyprawę w cieplejszą część roku. My wybraliśmy się tam na przełomie sierpnia i września i uważam, że ta pora była idealna. Wcześniej mogło być za gorąco w niższych partiach gór, a z kolei później jest już za zimno.

 

Na samym szlaku nie ma sklepów, domów i żadnych miejsc gwarantujących jedzenie, poza trasą Fransfogardzką i jej niedalekimi okolicami. Więc warto odpowiednio wcześniej (nawet jeszcze w Polsce) zaopatrzyć się w jedzenie. Na przykład liofilizowane, które jest naprawdę pyszne! Szczególnie po całych dniach wędrówki. Wspomniany już Towarzysz miał miniaturową przenośną kuchenkę, dzięki której można było podgrzać wodę ze strumieni i wlać do kubka z herbatą lub do paczki z liofilizowanym jedzeniem. 10 zestawów obiadowych na osobę to bezpieczna baza obiadowa na pokonanie całej trasy. Ze względu na długą datę ważności paczki można zachować na kolejne wyjazdy.

 

Warto mieć ze sobą pojemniki do gromadzenia wody ze strumieni, gdyż nie przy każdym schronie są źródła wody. Nam wystarczyły zwykłe plastikowe butelki, które wielokrotnie używane, spełniły swoje zadanie. Wody nigdy nam nie zabrakło, raz był trochę suchszy moment, ale przetrwaliśmy. Gdy racjonalnie się z niej korzystało, nie było problemów. A po całym dniu wędrówek woda była przepyszna!

Schrony – sympatyczny kawał blachy

Na samym szlaku znajduje się całkiem sporo schronów. Z kolei schroniska zwykle znajdują się poza głównym szlakiem i trzeba by poświęcać niepotrzebnie sporo czasu aby do nich zejść i potem wdrapując się z powrotem na szlak. Uznaliśmy zgodnie, że to nie ma sensu i trzymaliśmy się wersji – noclegi w schronach, ewentualnie w namiocie (w którym wstyd przyznać, dotychczas nigdy nie spałam!), z przerwą na nocleg przy wspomnianej szosie. Tymczasem skupię się na opisie schronów, gdyż jest to kluczowe, żeby móc wyobrazić sobie całą wyprawę.

 

Pomimo tego, że schrony zwykle kojarzą się z wojną, bunkrami i podziemnymi korytarzami, schrony w Górach Fogaraskich zupełnie inaczej się prezentują. To takie blaszane budynki, składające się z dachu, ścian i drzwi, zwykle dających się zamknąć od środka. Wewnątrz niektórych bardziej „luksusowych” wersji są przypominające łóżka piętrowe szkielety z dyktami, na których można całkiem sensownie rozłożyć karimatę, śpiwór, zasnąć i wyspać się. A w innych schronach śpi się po prostu na ziemi.

Przeciętny schron to niby tylko kawał blachy, ale po całym dniu wędrówek, gdy zbliżał się wieczór, jego niewyraźny zarys na horyzoncie przynosił uśmiech, ukojenie i dodawał sił na ostatnie chwile wędrówki. Gdy człowiek wygodnie ułoży się w śpiworze z głową na plecaku, wtedy zupełnie nie przeszkadzają tak prozaiczne kwestie jak mysz obwąchująca plecak (a no tak, w środku jest owczy ser i kawałek chleba!), ani dziwne dźwięki na zewnątrz (a może to niedźwiedź?). Wtedy po prostu cieszy się, że nie pada na niego deszcz, że nie wieje wiatr i że czuje się bezpiecznie. 

W schronach oczywiście nie zaznamy takich dobrodziejstw jak łazienka i kuchnia. Jednak wspomniana wyżej miniaturowa kuchenka skutecznie ratowała życie. Ani razu nie trafiliśmy na przepełniony schron (a z takimi opiniami spotkałam się na różnych forach). Mieliśmy też szczęście, bo nasi schronowi współtowarzysze byli mało inwazyjni, spokojni i nie robili zbytnio hałasu. 

Uważam, że warto podjąć wyzwanie schronowe. Schroniska też są w porządku, jednak to właśnie w schronach czuje się niesamowity klimat i uczucie survivalu, którego przynajmniej mi brakuje na co dzień. Schrony są fajne!

Inne sposoby noclegu – namiot i schronisko

Podczas wyprawy dwa razy nocowaliśmy w namiocie. Na szlaku nie obowiązują żadne zakazy jeśli chodzi o rozstawianie namiotu. Czasem warto zejść dosłownie kilka kroków ze szlaku, żeby trafić na miejsce otoczone skałami, które stanowią naturalną barierę przed wiatrem. A wtedy nawet gotowanie wody na kuchence staje się o wiele prostsze. 

Tylko raz zahaczyliśmy o schronisko – gdy już schodziliśmy ze szlaku i spotkała nas potężna ulewa, która nas uziemiła właśnie tam, chociaż zupełnie tego nie planowaliśmy. Na podstawie jednego schroniska ciężko określić regułę, ale pokuszę się o stwierdzenie, że było ono czymś pomiędzy wyżej wspomnianymi schronami, a schroniskami w polskich górach. Akurat tam nie było pokoi, była jedna wielka sala, w której wszyscy spali. Co prawda była łazienka, ale na zewnątrz i bez ciepłej wody. Było przepyszne jedzenie i herbata w na oko litrowych kubkach (kuflach?).

Ze schroniska na pewno zapamiętam masę rozwieszonych i rozłożonych ubrań, plecaków i butów, bo nie tylko my nadzialiśmy się na ulewę, a także piękne puchate psy śpiące jeden przy drugim na werandzie. Gdy chciało się dojść do łazienki, trzeba było wykonać slalom między nimi. Ale żaden się nie obudził, chyba były przyzwyczajone do tego. 

Droga przez raj

Dotychczas przyzwyczajona do licznych osób na szlakach w polskich górach, tutaj doceniłam spokój, ciszę i oddalenie od cywilizacji. Po drodze mijaliśmy innych wędrowców, zawsze uśmiechniętych i zawsze pomocnych, ale nie było ich wielu, grupki 2-5 osobowe raz na 2-3 godziny. Nie za dużo, ale też nie za mało. Akurat tyle, żeby móc odpocząć od ludzi a jednocześnie nie czuć się jak na odludziu. Jedynie na szczytach i przy szosie było ich więcej, ale to w sumie oczywiste. 

Całe dnie byliśmy w drodze. Naszymi towarzyszami poza nielicznymi grupkami wędrowców byli pasterze z wielkimi stadami owiec i hasające kozice. No i bezpański pies, z którym dzieliliśmy się wodą i który razem z nami pokonywał szlak dopóki nie uciekł przed psami pasterskimi (które wbrew pozorom wcale nie są takie groźne!).

    

Gdy oczyści się umysł, zwraca się uwagę na drobne, piękne elementy krajobrazu. Uwielbiam kwiaty, szczególnie te dzikie, więc jak tylko się nawinęły, to od razu trafiały na zdjęcie. 

 

Wstawaliśmy o 7 rano, chodziliśmy spać jak tylko robiło się ciemno. W schronach oczywiście nie było światła, więc wieczorami korzystaliśmy z latarek (a jeden z pierwszych wieczorów przesiedzieliśmy przy ognisku). 

W zależności od pogody (a tutaj, w Górach Fogaraskich, trafialiśmy i na palące słońce i gradobicie), świat wyglądał zupełnie inaczej. 

  

A widoki często zapierały dech w piersiach!

 

Samo wejście na wspomniane najwyższe szczyty nie było najprostsze. Są one wyjątkowo strome, skaliste. Co prawda w niektórych miejscach są łańcuchy ułatwiające wspinaczkę, ale i tak nie było lekko, tym bardziej z plecakami. Jednak widoki ze szczytów rekompensowały wszystkie niewygody.

  

Nie było lekko!

Szlak na krańcach jest wyjątkowo kiepsko oznaczony, czasem pomimo mapy nie byliśmy 100-procentowo pewni podjętych decyzji. Łatwo zagubić się szczególnie na samym początku w lesie, gdzie dookoła były same iglaki z zaschniętymi kłującymi gałęziami, nazwane przez nas – a jakże! – kłujkami. Ale przyznaję, że pomimo z lekka poszatkowanej od igieł i gałązek karimaty, ma to swój urok.

Pewnego wieczoru długo nie mogliśmy dojść do schronu. Jedno spore podwyższenie zajęło nam zbyt wiele czasu. Zastanawiałam się jak przejść pod górę przez wąskie przejście ze sporym plecakiem i karimatą. Próbowałam na wszystkie sposoby, w końcu weszłam tyłem. Potem przyspieszyliśmy kroku. Szliśmy i schliśmy, a schronu nie ma!

Zaczęło robić się ciemno, odpaliliśmy latarki (niestety wtedy jeszcze nie miałam czołówki). Szliśmy dalej, co prawda akurat po płaskim terenie, jednak upstrzonym sporą ilością kamieni, a dodatkowo całkiem blisko była przepaść. Nagle na horyzoncie zamajaczył zarys schronu. Wreszcie! – pomyślałam. Ściągnęliśmy plecaki, wyciągnęliśmy paczki z jedzeniem i nagrzaliśmy wodę w małym schroniku obok (rzadko bywała taka możliwość, ale postanowiliśmy z niej skorzystać, żeby nie budzić już śpiących osób w głównym schronie). Już za chwilę zwinięci w śpiwory zajadaliśmy się pysznym i cieplutkim makaronem z paczki i popijaliśmy herbatkę owocową z granulków. Mniam!

Minęło kilka sekund i lunął potężny deszcz, który padał całą noc. Gdy jeszcze teraz (po 14 miesiącach) przypominam sobie ten moment i zastanawiam się, co by było gdybym wtedy dalej tkwiła gdzieś na szlaku, to ciarki mnie przechodzą. Z powodu świszczącego wiatru, śpiące dziewczyny przebudziły się i wspólnie walczyliśmy z drzwiami, które ze względu na silne podmuchy nie chciały się zamknąć. Było mroczno, ale przytulnie. Głośno dookoła, ale cicho w środku. Zdecydowanie lepiej, niż w niejednym hotelu.

Szosa Fransfogaraska – cywilizacja w sercu gór

Gdy dotarliśmy do szosy Fransfogaraskiej, postanowiliśmy to uczcić decydując się na nocleg w jednym z hoteli. Co prawda nocleg kosztuje tam na polskie około 100-120 złotych za osobę (w tańszym miejscu), ale moim zdaniem warto tam spędzić jedną noc, aby trochę się ogarnąć, zjeść porządny obiad, napić się herbaty na zapas, kupić magnesy i pocztówki 🙂 I trochę doczyścić. Moje włosy myte przez pięć dni suchym szamponem nie wyglądały stylowo 😉 Kupiliśmy porządne obiady (takie z mięskiem, frytkami i surówkami, herbatkę (niegranulowaną, a co!) a potem słodkie napoje. 

I zrobiliśmy sobie mały spacerek po okolicach. Ciężko to miejsce nazwać miasteczkiem, nawet wsią – większość miejsca zajmują hotele i stragany. Jest tam piękne jezioro i cudne widoki dookoła. 

Już kolejnego dnia, najedzeni, wyspani, doczyszczeni, z zapasem podstawowych pamiątek, jedzenia i picia ruszyliśmy dalej.

   

Wart zatrzymać się tutaj na noc chociażby ze względu na niesamowity widok z okna!

   

Szosa Transfogaraska to droga krajowa, która ma około 150 km długości. Została wybudowana na początku lat 70-tych ubiegłego wieku. Jej wykonanie zlecił Nicolae Ceausescu, rumuński dyktator sprawujący władzę nad krajem przez 22 lata do 1989 r. O tym człowieku napiszę więcej w następnym wpisie dotyczącym Rumunii. Jego rządom towarzyszył terror i niszczenie gospodarki kraju. Symbolem jego władzy jest potężny budynek w Bukareszcie – pałac parlamentu, znany wcześniej jako Dom Ludowy. Jest to jeden z największych budynków na świecie. Więcej o tym budynku i dyktatorze opowiem wkrótce, w kolejnym wpisie dotyczącym Rumunii.

Na szosie obowiązuje ograniczenie prędkości do 40km/h ze względu na liczne zakręty. Gdy patrzy się na nią z góry wygląda, jak serpentyna. Trasa jest zamknięta zimą oraz częściowo wiosną i jesienią, a także w innych porach roku, gdy pojawiają się złe warunki atmosferyczne. Co prawda nie dysponuję zdjęciami z góry, jednak poniżej wstawiam zdjęcie wjazdu do tunelu – nie wiem, czy odważyłabym się tam wjechać. Co prawda jest tam ograniczenie prędkości do 30 km/h, ale znając życie to nie każdy się tym przejmuje.

Na początku droga miała znaczenie militarne, a później była dostępna dla wszystkich. Obecnie jeździ nią mnóstwo osób, a popularność drogi można spokojnie porównać do Lombard Street w San Francisco, o której niedawno pisałam.

San Francisco i San Diego

Opinie na temat drogi są podzielone. Niektórzy uważają, że niszczy ona dzikość gór, bo przebija się z południa na północ właśnie przez Góry Fogaraskie. Wszyscy bez wyjątku są zachwyceni tym, jak ona się prezentuje – wije się niczym wąż pośród skał i gór. Jednak ważne, żeby mieć świadomość, że jej budowa była naznaczona wielkim cierpieniem – zgodnie z niektórymi szacunkami nawet kilkaset osób straciło wtedy życie

Akurat gdy tam byliśmy, stacjonował tam kontyngent Wojska Polskiego. 

Ludzie po drodze

Mówi się, że w podróży ważni są ludzie. Tacy, którzy okażą bezinteresowną pomoc, z którymi można pogadać na najróżniejsze tematy i którzy nas pozytywnie zaskoczą.

Użyczą suche zapałki do rozpalenia kuchenki, gdy nasze namokły.

  • Fajnie mieć ze sobą kuchenkę i rozpalić pod nią ogień. Jeszcze fajniej jest, gdy ma się suche zapałki. Gdy nie mamy i widmo głodu zagląda nam w oczy, można trafić na miłych wędrowców po drodze, którzy uraczą nas suchą paczką suchych zapałek.

Zabiorą nas stopem, chociaż nie wyglądamy najkorzystniej

  • Łapanie stopa w Rumunii to czysta przyjemność. W zasadzie to nie musieliśmy się jakoś wyjątkowo naczekać i nauśmiechać. Samochód po prostu zatrzymał się i kierowca spytał, czy nas nie podrzucić. Nie mówił płynnym angielskim, ale można było się z nim dogadać. Tak samo kolejny kierowca – elegancka pani w pachnącym odświeżaczem samochodzie. Aż głupio nam było wchodzić tam po 4 dniach wędrówki, z brudnymi buciorami i plecakami pełnymi przemokniętych podczas potężnej ulewy rzeczy. Ale pani uśmiechnięta zachęca nas do wejścia. Co prawda dyskretnie otworzyła okno, ale cały czas zagadywała nas powolnym angielskim tak, że atmosfera zrobiła się całkiem miła. Starałam się nie dotknąć niczego w samochodzie. Gdyby nie ta pani i poprzedni kierowca, musielibyśmy pokonać sporo kilometrów. Byłam im szczerze wdzięczna.

Znają język polski, chociaż zupełnie nie podejrzewalibyśmy tego.

  • Gdy czekaliśmy na pociąg w jednej z wiosek, siedzieliśmy przy rozpadającym się dworcu, przebierałam buty i piliśmy zakupiony w pobliskim sklepie napój. Nagle przed nami pojawiła się starsza pani w wyglądającym na ludowy strój, razem z wnuczką. Dziewczynka, na oko 11-letnia, miała piękny uśmiech i długie włosy związane w warkocz. Pani z wnuczką przysiadły się i zaczęły nas wypytywać o różne rzeczy. Okazało się, że syn tej pani, a ojciec dziewczynki, mieszka w Polsce, a dziewczynka mówi całkiem płynnie w naszym języku. Niewiarygodne!

Zostawiają w schronie chleb i masło dla głodnych wędrówców.

  • Głodnych nakarmić – ktoś te słowa wziął sobie szczególnie do serca. Na całe szczęście. Właśnie doszliśmy do jednego ze schronów i zastanawialiśmy się co tu zjeść, patrzymy, a na stole leży świeżutki chleb i masło. Jakby z nieba spadły. Prawdopodobnie ktoś kto był tam niedawno zostawił nadmiar jedzenia. Dziękuję ci Anonimowy Wybawco!

4 niezbędne rzeczy podczas dzikiej wyprawy w góry

Nie ma tutaj żadnych wiekopomnych odkryć. Traktuję ta listę jako swoją własną przypominajkę, a jeśli komuś się przyda, to proszę korzystać. Pominę kwestię odpowiednich butów, ubrań, plecaka. Za to skupię się na drobiazgach ułatwiających życie. Takich, które są lekkie i nie zajmują dużo miejsca.

  • herbata w granulkach – Wielkie Odkrycie Wyprawy (dzięki Towarzyszu!). Zdecydowanie lepsza jest taka herbata niż tradycyjna w saszetkach. Granulki się rozpuszczą, a z saszetkami jest tylko problem. Niby drobiazg, a ułatwia życie. 
  • czołówka – pomijam oczywiste ułatwienie podczas wędrówki stricte po górach. Ale nocne eskapady aby umyć zęby na zewnątrz schronu są zdecydowanie łatwiejsze, jeśli zamiast latarki w ręku masz ją na czole. W końcu lepiej mieć dwie wolne ręce niż jedną. A nuż zaatakuje cię groźny zwierz?
  • notes i długopis – podczas całodziennych wędrówek przychodzą do głowy najróżniejsze pomysły. W końcu mózg odpoczywa i zamiast martwić się bieżącymi sprawami, może spokojnie cieszyć się tym co ma dookoła i nieoczekiwanie wpadać na różne pomysły. Wtedy warto je zapisywać, bo mają one to do siebie, że potrafią szybko umknąć i nie pozostać w głowie na dłużej.
  • przezroczyste woreczki chroniące przed wilgocią – na przykład na wspomniane powyżej zapałki i notes.

Dodatkowo na wyprawę w góry Fogaraskie koniecznie trzeba wziąć ze sobą mapę. Nie ma co kozaczyć i twierdzić, że mapa jest starodawnym wymysłem i zdawać się na nawigację i mapy w telefonie, a także podpytywanie spotykanych po drodze osób. Zasięg w telefonie jest często wyjątkowo słaby, podładować urządzenia też nie za bardzo jest gdzie (oczywiście można wziąć powerbanka), a innych wędrujących osób, które ewentualnie można by podpytać, też wcale nie jest tak dużo.

Porządna mapa usamodzielnia i dodaje pewności siebie. No i czasem po prostu trzeba odpocząć od ekranu! Polecam mapę wydawnictwa terraQuest (skala 1:80000). Jest porządna, odporna na deszcz i wiatr i bardzo przejrzysta. Po prostu idealna!

10 cech Prawdziwego Towarzysza Podróży

Na wyprawy warto wybierać się z osobą / osobami, które lubią spędzać czas w podobny sposób i mają zbliżoną tolerancję na różne wygody i niewygody, których doświadcza się podczas podróży.

Prawdziwy Towarzysz Podróży (PTP) to istny skarb. Zaryzykuję stwierdzenie, że to połowa (jak nie więcej) sukcesu. Jeśli znajdziemy takiego, który spełnia poniższe cechy, to warto o niego dbać, bo nieczęsto zdarza się taki okaz. Jaki jest PTP?

  1. Nie męczy, że ma ciężki plecak. Raczej po prostu raz na jakiś czas podczas przerwy go ściągnie i rozprostuje plecy. Wie, że im dłużej się chodzi, tym plecy się bardziej przyzwyczajają.
  2. Nie zrzędzi, że jest głodny. Podczas dnia z podręcznego zanadrza wydobędzie bieżące jedzenie na przetrwanie, a wieczorem sporządzi prawdziwą ucztę z niewielu składników. Podzieli się z potrzebującymi, a w razie chwilowej biedy (brak schronisk i sklepów), wystarczy mu woda ze strumienia i świeże powietrze.
  3. Nie jęczy, że się nie wyspał. Bez problemu zaśnie wszędzie – nawet na ziemi. Wystarczy śpiwór, coś co robi za poduszkę i dach nad głową.
  4. Nie narzeka, gdy niezgodnie z planem zboczy się ze szlaku i straci się nieco czasu. Raczej doceni dzikość przyrody, a ze względu na połączenie GPS-a i mapy w głowie, bez problemu znajdzie drogę do szlaku.
  5. Nie marudzi, gdy nieoczekiwanie spadnie deszcz lub grad. Przy najbliższej okazji wszystko dokładnie wysuszy, a do tego czasu przetrwa.
  6. Nie złorzeczy, że trzeba było zostać w ciepełku / mieszkaniu / cywilizacji. Prawdziwy towarzysz podróży najlepiej czuje się wtedy, gdy ma wokół siebie przestrzeń, przyrodę i wolność. W zależności od tego, czy jest za zimno, czy za ciepło, po prostu zmienia liczbę warstw ubrań na sobie i tyle!
  7. Nie jojczy, że zostało tak mało czasu i zaraz trzeba będzie koniec urlopu. Po prostu cieszy się chwilą 🙂
  8. docenia pozytywy – niezależnie od tego czy to jest dobre jedzenie, piękny widok czy może ładny magnes na lodówkę w sklepie z pamiątkami.
  9. Jest spontaniczny, ale i odpowiedzialny – w zależności od sytuacji sensownie dobiera te cechy.
  10. Nie jest inwazyjny, nie narzuca się, umie zaciekawić rozmową, ale też wie, kiedy warto pomilczeć.

Ja takiego znalazłam i takiego życzę każdemu!

Podsumowanie

W górach Fogaraskich nie każdy się odnajdzie. Ale na pewno są one stworzone dla ludzi kochających przyrodę, wolność i przestrzeń. Jeszcze nietknięta przez cywilizację część Europy, trochę zapomniana i na uboczu, gwarantuje niesamowity odpoczynek. Bo nigdzie tak nie odpoczęłam jak właśnie tam!

Niebawem będzie wpis o Bukareszcie i Braszowie. Już teraz zapraszam do lektury i dziękuję za uwagę!

GALERIA

 

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: