Wyprawa Tschiffely’ego. Konno przez dwa kontynenty

Aime Tschiffely postanowił przejechać konno z Buenos Aires do Nowego Jorku. Ten niesamowity wyczyn zapisał na ponad 400 stronach pasjonującej i wciągającej książki. Mancha i Gato – konie, bez których ta wyprawa nie miałaby miejsca, zasługują na prawdziwą pochwałę.

Prawie dwuipółletnia podróż miała miejsce w latach dwudziestych poprzedniego wieku. Od tamtego czasu podróż ta jest niepodważalnym hołdem oddanym koniom. Nikt nie pobił tego wyczynu, nikt nie był w stanie zrobić czegoś bardziej widowiskowego, odważnego i niesamowitego. A do tego Tschiffely jest tak skromnym facetem!

Miejsca

Aime razem ze swoimi dzielnymi końmi, Manchą i Gato, przemierzyli razem 10 tysięcy mil. Jego wierni kompani podróży towarzyszyli mu na upalnych południowoamerykańskich pustyniach, gdzie najlepiej podróżuje się nocą, w wysokich Andach pełnych skalistych zboczy, w środkowoamerykańskich dżunglach, pełnych wilgoci i insektów, w wyjątkowo gościnnym (czasem aż za bardzo) Meksyku i na zakurzonych, pełnych śmigających samochodów teksańskich pustkowiach. Konie – niezwykle wytrzymałe – dzielnie znosiły trudy podróży i odnajdywały się w zasadzie w każdych warunkach.

Towarzyszyły mu w głośnych meksykańskich zabawach, w trudach i znoju, na pustyniach i w górach, w deszczu i w słońcu, wśród dopiero co poznanych przyjaciół i w miejscach, gdzie jedynymi odgłosami były te wydawane przez otaczającą przyrodę.

Nasz główny bohater w zależności od tego gdzie nocował: w plugawych chatach, dusznych więzieniach, kątem u przyjaciół, na świeżym powietrzu, trafiał na najróżniejsze warunki, a w każdych z nich odnajdywał się idealnie. Nie przeszkadzał mu częsty brak wody, pożywienia i towarzystwa. Sam ze sobą i końmi czuł się najlepiej, ale nie stronił od ludzi. Po prostu umiał cieszyć się podróżą będąc samemu. Miał wtedy czas na przemyślenia, których w książce nie brakuje.

Na liście przebytych krajów i regionów jest Argentyna, Boliwia, Andy, Peru, Ameryka Środkowa, Teksas, Waszyngton, Nowy Jork – i wiele, wiele innych. Mniejsze i większe wioseczki, miasteczka, miasta, pustkowia i tereny, o których zapomniał świat.

Ludzie

Tschiffely natrafia na przemytników, awanturników, wariatów, rozmawia z policjantami, matadorami, a nawet prezydentem. Rozstrzyga spory, wykłada na uczelni, robi dowcipy, podziwia, krytykuje, obserwuje i zaprzyjaźnia się. Ludzie stanowią nieodłączny element tej wyprawy. Gdyby nie napotykane po drodze osoby, autor książki z jednej straciłby niepowtarzalne szanse na poznanie tego świata, gdyż nie wszystko da się zaobserwować. Czasem potrzebna jest rozmowa.

Przez całą podróż Tschiffely’ego nie opuszcza wyjątkowo zaraźliwy humor. Umiał zażartować ze wszystkiego. Jego pozytywne nastawienie emanuje z książki. I z pewnością pozwala mu wytrwać w postanowieniu przejechania konno tej morderczej trasy.

Trafia też na sporo uczciwych i zacnych ludzi, którzy stali się jego przyjaciółmi, którzy bezinteresownie zajmowali się jego końmi, oferowali pomoc gdy chorował, bez pytań i próśb upychali po jego kieszeniach ważne podczas podróży drobiazgi. Niekiedy i on sam bezinteresownie wyświadczał tubylcom przysługi. Chociaż w ten sposób mógł się im odwdzięczyć. Przecież dobro zawsze wraca. 

Przemyślenia

Książka jest napisana bardzo przyjemnym językiem, momentami wyszukanym. Nie wiem czy to sprawka autora tekstu, czy tłumacza (czy jedno i drugie), w każdym razie idealnie oddaje on klimat lat dwudziestych, gdzie widać olbrzymie różnice pomiędzy północnoamerykańskimi metropoliami, a południowoamerykańskimi wioseczkami, gdzie na południu grasują mafie, a na północy jeżdżą piraci drogowi. Gdzie na południu za uśmiech i paczkę fajek można dostać miskę pełną jedzenia i dach nad głową. Gdzie często pomimo braku jedzenia i biedy, w oczach ludzi widać radość i chęć życia.

Ogląda walki byków i kogutów, pije tradycyjną herbatę, jeździ o zachodzie, i o wschodzie słońca. I w nocy. Pochłania świat, który przewija mu się przed oczami jak film. Taka podróż wiele uczy. Szczególnie tego, by doceniać życie.

Autor jest ciekawy wszystkiego co go otacza. Opisuje dokładnie i przyrodę, i ludzi, których poznaje, opisuje warunki w jakich podróżuje i to co je. Nie skupia się tylko na sobie, jest świetnym obserwatorem, czasem wyrażającym swoje opinie, ale nigdy w nachalny sposób.

Problemy

Nie wszystko szło zgodnie z planem. Zdarzały się kradzieże paszy i rzeczy osobistych, zniszczenia sprzętu fotograficznego, brak noclegu w nieodpowiednią pogodę, hałaśliwi sąsiedzi wtedy, gdy sen był najważniejszą potrzebą, zdarzali się też ludzie, którzy tak bardzo chcieli świętować przyjazd Tschiffely’ego, że ten już nie miał na to siły 😉 Zdarzało się, że Aime zaufał nieodpowiednim osobom i tylko cudem uniknął poważnych kontuzji koni i swojej śmierci. Wciąż były konieczne zmiany planów ze względu na rwące potoki, na poplątane szlaki, czasem prowadzące donikąd. Plan był ważny, lecz jeszcze ważniejsze było elastyczne podejście do niego. Na wszystkie problemach Tschifelly się uczył i z nich wyciągał wnioski. I wciąż czuwał nad nim anioł stróż. 

Podsumowanie

Książka pozwalająca się oderwać od szarej codzienności i zagłębić się w świat, którego już nie ma. I raczej nie będzie. Wiele z opisanych miejsc straciło już swoją autentyczność i wyobcowanie. Jest to hołd oddany koniom, wiernym kompanom podróży, Manchy i Gato. Hołd oddany naturze. Hołd oddany ostatniemu takiemu koniarzowi, który przedzierając się przez te wszystkie miejsca zostawia czytelnika z sercem przepełnionym chęcią do podróży – takiej własnej, nieprzymuszonej, dalekiej od cywilizacji, zgodnej z samym sobą.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: