Przemytnicy książek z Timbuktu

Afryka to jeden z najmniej poznanych kontynentów. A zwłaszcza jej manuskrypty gromadzone przez wieki, którym w latach 2012-2015 zagrażały ataki bojówek dżihadystów. Trzeba było przewieźć rękopisy w bezpieczne miejsce. Tylko jak? Przecież było ich kilkaset tysięcy!

A może by tak przeczytać reportaż?

Zadałam sobie to pytanie na targach książki organizowanych na Stadionie Narodowym w maju tego roku (wydarzenie cykliczne, polecam kolejne edycje!). Przeglądając książki na jednym z masy stoisk, spojrzałam na jedną z nich, która zainteresowała mnie wyjątkowo. Już kiedyś o niej słyszałam, a teraz wróciła do mnie jak bumerang. Niewiele się zastanawiając, kupiłam ją. Żałuję tylko tego, że przez jakiś czas przeleżała na półce (za dużo książek czeka w kolejce!).

Ze względu na mnogość nazwisk, faktów oraz przeplatanie opisów historycznych i tych z XXI wieku, polecam czytać tą książkę większymi haustami, nie robić krótkich wejść, a raczej dać się pochłonąć tej barwnej i wciągającej historii. Łatwo można pogubić się w pogmatwanej historii Afryki, szczególnie, gdy wokół ciebie są rozmawiające przez telefon osoby, płaczące dzieci, bądź inne komunikacyjne odwracacze uwagi.

Gorączka poszukiwań miasta Timbuktu

Pod koniec XIII wieku, gdy w głowach przyszłych europejskich odkrywców zaczynały się układać plany na wyprawy w nieznane dotąd miejsca, w Timbuktu życie płynęło swoim własnym tempem. Miasto było centrum północno-zachodniej Afryki – skrzyżowanie rzeki Niger, na której rozwinięty jest handel rzeczny i szlaku karawan, którym podążają handlarze.

Od kiedy pojawiła się pierwsza wzmianka o Timbuktu, miasto to miało otoczkę bogactwa. Stworzyła się wokół niego swoista legenda. Ponoć były tam niesamowite ilości złota – takie, że nawet dachy domów pokrywano tym kruszcem. Lecz nikt tego wprost nie potwierdził.  

W XIX i XX wieku wielu śmiałków opisanych w książce ruszyło na odkrycie Timbuktu. Z różnym skutkiem. Niektórzy dotarli, inni nie. Jedni na podstawie wypraw tworzyli wiekopomne dzieła, inni zostali wyklęci i niezrozumiani przez swoich rodaków. Niektórych miasto zachwyciło, innych rozczarowało. Timbuktu opanowało umysły i serca podróżników, dziennikarzy, władców, naukowców i wielu innych. Planowali odkryć bogactwo, a nie spodziewali się trafić tam na rękopisy.

Skąd wzięły się tam manuskrypty?

Jak wiadomo, kolonializm wywarł ogromny wpływ na ten kontynent. Skutecznie zatarł w umysłach ludzi w Europie to, że Afryka północno-zachodnia była rozwiniętym pod względem kultury obszarem. Manuskrypty po prostu zawsze tam były. Tylko nie zawsze Europa chciała o nich pamiętać, a nawet wiedzieć. Czasem było na rękę ukazywanie Afryki jako obszaru zamieszkanego przez gorszego sortu ludzi. Dzięki temu można było uzasadnić najazdy, grabieże, porwania i ogólnie rzecz biorąc kolonializm.

Manuskrypty były przechowywane w domach. Ludzie je gromadzili, korzystali z nich i w ich formie gromadzili wiedzę przekazywaną z pokolenia na pokolenie. Dopiero w 1973 roku powstał Instytut Ahmeda Baby, który starał się skupić rękopisy w jednym miejscu, umożliwiał wgląd do nich i dbał o to, aby ta piśmiennicza część historii Afryki Zachodniej nie poszła na marne. Łącznie manuskryptów było sporo – kilkaset tysięcy, ciężko jest je dokładnie policzyć. Niektóre z nich liczą sobie nawet kilkaset lat. Dotyczą w zasadzie wszystkiego – są to prace dotyczące religii, nauk takich jak astronomia, medycyna, pojawia się też poezja.

Trudna historia Timbuktu

Główna akcja dzieje się w latach 2012– 2015 w Mali, w sercu Afryki Zachodniej, jest ona przeplatana opisami historycznymi od 1788 aż do 2003 roku. Dzięki temu zabiegowi czytelnik poznaje czasy wielkich odkryć geograficznych, epokę kolonializmu i eksploatacji Afryki, jednocześnie zestawia ją z rozwojem miasta Timbuktu, walkami politycznymi i XXI-wiecznymi próbami przejęcia kontroli nad państwem przez wszelkiego rodzaju bojówki.

Już wcześniej Afryka była „azylem dla bandytów, przemytników, rewolucjonistów”. Jednak do tego doszły grupy algierskich dżihadystów, chroniących się w Mali, AQMI czyli Al Kaida Islamskiego Maghrebu i Narodowy Ruch Wyzwolenia Azawadu (czyli terenu północnego Mali, który próbował uzyskać niepodległość).  Wszyscy oni stworzyli kocioł, z którego stopniowo uciekali ci cywile, którzy mogli.

Bohater Haidara

Jednak nie wszyscy opuszczali miasto. Abdel Kader Haidara, bibliotekarz z Timbuktu, dokonał rzeczy niezwykłej. Na własną rękę zorganizował akcję wywiezienia rękopisów w bezpieczne od bojówek miejsce. Bezpieczne również od owadów, piasku, wysokiej temperatury i palącego słońca. Przetransportował wraz z przyjaciółmi w sposób niesamowicie pomysłowy i wymagający czasu, pieniędzy i energii olbrzymie ilości rękopisów w odpowiednie miejsce, aby nie zostały zniszczone.

Ci księgarze, którzy zdecydowali się zostać w mieście i strzec rękopisów musieli twardo uczyć się negocjacji z wrogimi osobami, władzami lokalnymi, mieszkańcami okolic, którzy w każdej chwili mogli powiedzieć o jedno słowo za dużo nieodpowiednim osobom, mieć nerwy na wodzy w razie niespodziewanych wizyt oraz niespożyte pokłady sił i pomysłowości, przydające się przy przenoszeniu rękopisów w inne miejsca i zdobywaniu środków na transport.

Ale nie wszystko było takie proste, jak wydawało się na początku…

Po co to wszystko?

Chwytający za serce fragment jest już na samym początku książki. Gdy Henry Louis Gates, wybitny naukowiec z Harvardu pojawił się w Mali w 1997 roku, Haidara jako poszukiwacz manuskryptów w Instytucie, pokazał mu swoje zbiory rodzinne, których z racji tradycji nie mógł sprzedać do Instytutu, a ten się rozpłakał. Wyjaśnił to tym, że od prawie 20 lat wykładając na jednej z najlepszych uczelni świata tłumaczył studentom, że Afryka nie ma historii spisanej na papierze, a jedynie taką przekazywaną ustnie. A tu na własne oczy zobaczył ręcznie pisane dokumenty świadczące o czymś zupełnie innym. Od tego czasu zwiększyło się ogólnoświatowe zainteresowanie i wsparcie osób przechowujących manuskrypty. Ułatwiło to projekt wywiezienia manuskryptów, ale nie rozwiązał wszystkich czyhających po drodze problemów.

Nie tylko Gates tak myślał i mówił. W zasadzie od zawsze Europejczycy traktowali Afrykę jak kontynent, w którym mieszkańcy nie osiągnęli niczego. Oczywiście wcześniej tego odpowiednio nie badając i nie sprawdzając.

Manuskrypty zmieniały to na lepsze. Były i są w zasadzie jedyną nadzieją na przekazanie dorobku tego rejonu. 

Podsumowanie

Autor książki, Charlie English, podjął się niełatwego zadania opisania historii Afryki. Historii częściowo zapomnianej, niedocenionej, odkrycia tego, co zostało częściowo zafałszowane, a częściowo ukryte przez ludzi, którym nie na rękę było przedstawianie tego kontynentu jako miejsca, gdzie kwitnie kult nauki, uczenia się, mądrości i wiedza w postaci rękopisów krążąca z rąk do rąk. Autor wykonał zadanie w formie świetnego reportażu historyczno-podróżniczo-przygodowego. Książka daje do myślenia, niesamowicie poszerza horyzonty i uczy pokory.

2 komentarze do “Przemytnicy książek z Timbuktu

  • A niektórzy siedzą w hotelu w Tunezji przez tydzień, a potem na fejsie jest notka:
    – W Afryce już byłem, Afrykę znam 🙂

    • Zgadzam się – z hotelowej perspektywy niewiele widać. Chyba że leżąc w słońcu czyta się mądre książki, to wtedy jest wybaczone 🙂

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: