„Panna huragan. Dzienniki amerykańskie” – Katarzyna Klimasińska

Autorka pełnej humoru książki „Panna Huragan. Dzienniki amerykańskie” opisuje swoje codzienne perypetie. Łączy przeprowadzkę do Stanów Zjednoczonych, codzienność, spotkania ze znajomymi, nową pracę i, przede wszystkim, szukanie miłości.

Tytułowa „Panna Huragan” to Kasia, Krakowianka. Po studiach i pracy w Warszawie otrzymuje propozycję pracy w Stanach Zjednoczonych, do których ochoczo się udaje. A dokładnie do Houston, czyli  do „energetycznej stolicy świata i czwartego co do wielkości miasta w Stanach Zjednoczonych”. I rozpoczyna swój American Dream!

Trudne tylko początki

Książka rozpoczyna się przeprowadzką, przelotem i pierwszymi trudnymi momentami na jeszcze obcej ziemi. Niedziałający telefon, opóźnienia i wielkie odległości to powitanie, jakie Kasi zgotowała amerykańska ziemia. Ale Autorka szybko odnajduje się w nowych realiach. W formie pamiętnika przedstawia swoje emigracyjne perypetie. W wyjątkowo zabawny sposób opisuje swoje codzienne mniejsze i większe przygody. A jest ich sporo. Chociażby załatwianie prawa jazdy i pokonywanie pierwszych kilometrów na ruchliwych amerykańskich drogach swoim własnym samochodem. Na szczęście są też liczne wieczorne wyjścia i nowi znajomi. A przede wszystkim przyjaciółka Lara, z którą chodzi na zajęcia z tańca i na zakupy.

Autorka głównie skupia się na przedstawieniu swojego pracowo-towarzyskiego życia, ale poza tym opisuje też liczne wycieczki po całych Stanach Zjednoczonych. I tak, jest na przykład w Teksasie, w Kalifornii, w Las Vegas, Florydzie, Nowym Orleanie, Luizjanie i Waszyngtonie i wielu innych miejscach. W niektóre miejsca autorka udała się prywatnie, a w inne zawodowo. W każdym zostawiła cząstkę siebie.

Codziennie, towarzysko i uczuciowo

Narratorka ma pełen kalendarz zajęć. Zdecydowanie nie nudzi się w wolnym czasie. Bierze udział w wielu kursach tańca i poznaje licznych znajomych. Stopniowo przyzwyczaja się do różnych dziwnych i nietypowych rozwiązań jak udostępnianie kościoła dla koszykarzy na treningi lub dla tancerzy na zajęcia, albo koncert swinga w dosyć spokojnej restauracji.

Czytelnik szybko nawiązuje przyjaźń z autorką. Wczuwa się w jej problemy, razem z nią przeżywa awarię jej ukochanego samochodu, Taurusa, którego Kasia wręcz traktuje jak przyjaciela. Rozmowy autorki z samochodem oraz sprzeczki z nim i „panią od GPS-u” były porywającą lekturą. „W połowie drogi Taurus popsuł klimatyzację. Potem tak rozgrzał radio, że zaczęło z niego dymić, i musiałam wyciągnąć płytę Michaela Buble, która jest teraz bardzo giętka i pofałdowana. Jeśli Taurus nie lubi Buble, mógł mi to powiedzieć w inny sposób, a nie żeby od razu podpalać.” 🙂

Każdy czytelnik, niezależnie od poziomu empatii, współczuje Kasi ze względu na brak partnera na kurs tańca i sporadyczne problemy zdrowotne. Jednak autorka wszystko opisuje z humorem. Nie straszne są dla niej ani nocne alarmy budzące cały blok, ani całe dnie pełne pracy, od świtu do nocy. Muszę przyznać, że jest to dość motywujące! 🙂

Kasia raz na jakiś czas dostaje propozycje nie do odrzucenia,  zarówno matrymonialne, jak i nieruchomościowe. „Ledwo usiadłyśmy do stolika w jednej z najdroższych houstońskich restauracji, oczywiście barbecue, a ona pyta: Masz męża? Mów szybko, masz? I ile masz lat? Bo ja mam dwóch bratanków, jeden ma osiemnaście, a drugi trzydzieści jeden lat, obaj samotni!” A z drugiej strony nie musi martwić się o mieszkanie. „Nad smażoną rybą z frytkami pan namawiał mnie również na zakup nieruchomości w Texas City. To nic, że wszędzie (nawet z restauracyjnego talerza) śmierdzi siarą i olejem napędowym, w mieście aż roi się od rafinerii i fabryk chemikaliów i raz na kilka lat wszystkie domy zmiata huragan…” To chyba jedzenie łączy ludzi i skłania ich do tak oryginalnych ofert!

Turystycznie

Wyjątkowo trafnie i obrazowo opisuje odwiedzane miejsca. Bez problemu można sobie wyobrazić jak tam jest, nigdy dotąd tam nie będąc.

Floryda szczególnie nie zachwyciła Kasi, pomimo, że pod względem zawodowym opisała je jako elektryczne Davos. „Floryda to z pewnością arcydzieło Stwórcy, ale pełen smaku Amerykanin położył na niej swoją ciężką betonową łapę. […] I zamieszkują go staruszkowie, co to już nie muszą pracować, więc zabijają czas spacerami do sklepu i na pocztę w strojach kąpielowych.”

Z kolei Nowy Orlean w jej oczach prezentuje się zupełnie inaczej. „Ma też urokliwą, dość starą architekturę, pełną ślusarskich cudeniek […]. To miasto rozumie, jak ważne są szczegóły.”

Opisywane podczas wypraw widoki świetnie kontrastowały z miastem, które Autorka miała na co dzień. „Dwa kroki od ulicy rozpościerał się olbrzymi, dumny, napuszony barwami kanion. Nic sobie nie robił z tego całego badziewia nabudowanego przez ludzi naokoło.” A z kolei Niagara jest „ogromna, jak na amerykańskie zabytki przystało, hałaśliwa i wilgotna, ma stalową cierpliwość do otaczających ją paskudnych betonowych promenad […] i dzikich tłumów rozfotografowanych turystów.”

Z kolei Luizjana to istny raj! To miasto według niej „żyje sobie, jak chce, leniwie pieszcząc się z falami Missisipi i objadając się krewetkami.”

Pracowo

Kasia już na samym początku pisze, że pracuje w Houston „jako dziennikarka zajmująca się tematyką dotyczącą wydobycia ropy naftowej, gazu ziemnego i produkcji energii elektrycznej.” W związku z tym większość czasu w pracy spędza na pisaniu artykułów i kontakcie przez skype’a z energetycznymi firmami i innymi dziennikarzami. Do tego często wybiera się na wyjazdy służbowe w dosyć nietypowe miejsca, jak platformy wiertnicze, siedziby firm z sektora energii i tym podobne.

Codzienność w pracy nie musi być nudna. Kasia często zmierzała się ze szczególnie męczącym i popularnym porównywaniem Polaków do Rosjan. Prawdopodobnie wynika to z położenia geograficznego i podobnie brzmiącego języka (serio?). „Gdy już dotarłam na spotkanie mocno spóźniona, omal nie wyważyłam drzwi. Udobruchali mnie dopiero koledzy, którzy zgodnie krzyknęli: -Oczeń harosza maszina! Biedacy, mówią do mnie po rosyjski, bo myślą, że to złagodzi szok kulturowy, który ich zdaniem przechodzę”.

Praca nieraz była dla niej zaskoczeniem. Wymagała nadludzkich sił, ale oferowała też nadprogramowe niespodzianki. „[…] Do Houston przyleciałam o wpół do czwartej nad ranem. O siódmej zaczęłam pracę, od dziewiątej już zwiedzałam rafinerię w Texas City. […] Pan Afroamerykanin który nas oprowadzał, miał tak dźwięczny głos i taką muzyczną dykcję, że to było prawie jak koncert jazzowy. Więc notowałam z przyjemnością i teraz ze zdumieniem przeglądam notes, w którym mam rysunki pomp, kominów i hydrokrakerów, a nawet kila wzorów chemicznych, które rozumiem”.

Nie powiem, czy Kasia zagrzewa miejsce w Houston i jej tam dobrze, czy może próbuje szczęścia gdzieś indziej! Czy będzie love story i happy end, czy cierpliwe szukanie dalej! Nie powiem nic więcej, chociaż bym chciała! Spoilerom mówię nie! 🙂

Podsumowanie

Autorka ma wyjątkowy dystans do siebie. Wszelkie mniejsze i większe problemy i skomplikowane przygody przekuwa w pełne humoru opowieści. Tak przyjemnie i pogodnie opisuje swoje własne codzienne sprawy! Z ogromną przyjemnością raz na jakiś czas wracam do tej książki. Motywuje mnie do pokonywania codzienności z uśmiechem na twarzy. Cieszę się, że przypomniałam sobie o tej książce teraz, w pochmurny i smętny styczniowy wieczór. A szczególnie dlatego, że dziś podobno jest dzień przed najbardziej depresyjnym dniem w roku (3. poniedziałek miesiąca, tak mówi Wikipedia). Warto przetrwać te trudne czasy z książką, bo książka to najlepsze lekarstwo na wszystko! To musi być coś w stylu „Panny Huragan”. Ale żeby było jasne, polecam książkę nie tylko na szare dni! 🙂

2 komentarze do “„Panna huragan. Dzienniki amerykańskie” – Katarzyna Klimasińska

  • Dziękuję! Polecam jednak chociaż zacząć książkę. W razie czego służę egzemplarzem! 🙂

  • Nawet jeśli nie przeczytam tej książki ,to ten wpis pewnie jeszcze parę razy. Tak trzymaj.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: